Dzień dobry wszystkim!!! Już mam ferie :) Mam z tego powodu dla was ważną
informację. Pewnie myślicie, że będę
dodawała częściej Imaginy. Niestety się mylicie! Wyjeżdżam na obóz siatkarki.
Wiem, że teraz jeśli to czytacie to myślicie że nie udzielam się tyle na blogu
ile powinnam. Tak macie rację!!! Nie udzielam się tyle ile powinnam, ale
znajduje dla was czas w każdy piątek i staram się w miarę równomiernie dodawać
posty, a jeśli nie informuję was wcześniej o tym. Możecie mieć pretensje!
Śmiało!!! Tylko nie wiem za co?!?!? Dzisiaj specjalnie dodaję DWA IMAGINY!!!!!!
Są dwa, ponieważ dodaję jeden za dzisiaj, a drugi za przyszły piątek. Mam
nadzieję że przypadną wam do gustu ^^ Żegnam was i będę za wami tęsknić tak
bardzo :’) Zajrzyjcie tu za 2 tygodnie ;) Do zobaczenia skarby. Kocham was
<3 :*/Bradi
2 Komentarze = Next post
James cz.4
Chłopcy usiedli na sofie i zaczęli znowu grać, a James
zachęcił mnie gestem ręki żebym usiadła mu na kolanach. Skorzystałam z jego
propozycji i już po chwili znalazłam się na kolanach Mcvey’a.
-Chciałabyś zagrać? Spytał się mnie Tristan.
-Ok.
Chłopcy nie wiedzieli że dobrze gram. Kiedyś tata zakupił mi
Fifę i od tego wszystko się zaczęło. Każdego wieczoru razem z tatą siadaliśmy
na sofie w salonie i graliśmy. Niestety mój tata zawsze przegrywał, miałam
talent do grania w tą grę. Tata na początku walczył ale po połowie meczu się
poddawał mnie, a ja przez cały śmiałam się z niego. Jeszcze nigdy nie zdarzyło
się że jak ktoś grał ze mną wygrał.
Podzieliśmy się w drużyny. Ja, James i Tris przeciwko
Brad’owi i Connor’owi. Przez całą grę śmiałam się z Brada i Connora, bo na
początku gry oznajmili że oni na pewno wygrają, są najlepsi. W tym czasie
przegrywali z nami 6:2. Gdy widziałam ich miny to po prostu myślałam że padnę
ze śmiechu. Pewnie myśleli że nie mają szans z dziewczyną! To się grubo mylą.
-Dobra! To jest bez sensu. Odparł Bradley. – Nie wygramy z
nią.
-Musimy walczyć do końca. Powiedział Conoor.
-To walcz sam! Powiedział głośnym głosem i wyszedł z salonu
do kuchni. James poszedł za nim.
-Co mu się stało? Zapytałam zaciekawiona Tristana.
-Ma zły dzień. Odpowiedział Tristan zakładając ręce na
piersi.
-Aha. Dlatego że przegrał grę? Zapytałam ze śmiechem.
Tristan miał właśnie coś powiedzieć, ale James przerwał mu.
-Powiedział że chce zostać sam. Odpowiedział James.
James usiadł na sofie, a ja na jego kolanach. Objął mnie i
wtulił swoją twarz w moją. Siedzieliśmy tak z dobre 5 minut w ogóle się nie
odzywając. Czasami któreś z nas posyłało niektórym ukradkowe spojrzenia.
-Będziemy tak siedzieć i nic nie mówić? Spytałam.
-Po co mamy się odzywać? Wystarczy, że jest zepsuta
atmosfera. Odparł Tristan z kamienną twarzą.
-Pewnie uważasz że to przeze mnie? Dobrze. Za chwilę wrócę.
Zwróciłam się do Tristana.
-Gdzie idziesz? Spytał James, gdy zerwałam się z jego kolan.
-Zobaczysz. Wstałam z jego kolan i skierowałam się w stronę
schodów. Pamiętam jak James powiedział mi że tam są ich pokoje. Postanowiłam
odnaleźć pokój Brada i go przeprosić, chociaż nie wiem za co.
Sprawdzałam wszystkie pokoje aż dotarłam do białych drzwi.
To był ostatni pokój. Mieli strasznie dużą willę i trochę się nachodziłam.
Weszłam do tego pokoju i zobaczyłam Brada obejmującego swoje
ramiona i płaczącego. Nie odwracając się powiedział.
-Tris, jeśli to ty to zostaw mnie. Dobrze? Chce pobyć sam.
Powiedział smutno.
-Bradley. To ja
[T.I]. Możemy pogadać? Zapytałam łagodnym głosem.
-Nie. Idź. Nie marnuj czasu na
mnie. Powiedział wpatrzony we mnie smutnymi i czerwonymi od płaczu oczami.
-Brad, ale ja chcę z tobą porozmawiać i przeprosić.
-Za co ty chcesz mnie przepraszać? Przecież nic złego nie
zrobiłaś.
-Tak, ale… . Nie
pozwolił mi dokończyć.
-Dobra, dobra. Idź stąd! Proszę. Wychlipiał.
-Nie! Może się nie znamy, ale nie zostawię przyjaciela
mojego chłopaka w potrzebie. Podeszłam do niego, usiadłam na łóżku obok niego i
mocno przytuliłam. Od razu jego ramiona mnie objęły, a jego głowa znalazła się
w zagłębieniu mojej szyi. Pozwoliłam mu się wypłakać.
-Brad. Powiesz mi co się stało i dlaczego płaczesz?
Zapytałam głaszcząc go po jego bujnej czuprynie jak małe dziecko.
-Powiem. Tylko obiecaj, że nikomu nie powiesz! Tylko
chłopaki o tym wiedzą. Odparł smutno.
-Obiecuję. Położyłam rękę na sercu.
-To jest taka trałma z dzieciństwa. Gdy miałem 8 lat grałem
pierwszy poważny mecz w piłkę nożną. Przygotowywałem się do niego z pół roku.
Nadszedł czas meczu na lokalnym stadionie.
To miało nam dać 1 miejsce w tego rocznych rozgrywkach. Wszedłem na boisko.
Było dużo ludzi i pewnie większość były to rodziny zawodników. Nasz trener
ustawił mnie na bramce. Mecz się zaczął. Moja drużyna dobrze sobie radziła. W
pierwszej połowie żadna drużyna nie zdobyła punktu. Natomiast w drugiej połowie
drużyna przeciwnika się zmobilizowała i coraz częściej piłka była po naszej
stronie boiska. Strasznie się bałem i nie wiedziałem co zrobić. W każdym razie
obiecałem sobie, że do puki ja stoję na bramce żadna piłka nie wpadnie do niej.
Gdy już była 87 minuta meczu piłka przeszła na naszą stronę, przeciwnicy podawali
ją sobie z łatwością, a moi koledzy z drużyny nie mogli odebrać im piłki.
Zacząłem panikować! Piłka była coraz bliżej, a ja nie mogłem nic zrobić. Piłkę
dzieliło jakieś 5 metrów od bramki. STAŁO SIĘ!!!! Piłka wpadła do bramki. Stało
się to przeze mnie. Nie potrafiłem obronić. Stałem wtedy jak wryty i patrzyłem
się zupełnie gdzieś indziej niż powinienem. Po tej sytuacji trener i moi
koledzy z drużyny winili tylko mnie. Odszedłem z drużyny, bo koledzy nie
chcieli mnie znać i nabijali się ze mnie. Od tego czasu jak gram wyobrażam
sobie że właśnie JA stoję na tej bramce
i nie mogę obronić. Pamiętam to zdarzenie jakby to było wczoraj a zdarzyło się
10 lat temu. Przepraszam, że mnie poniosło. Nadal mam wrażenie że to moja wina.
-Brad. Przepraszam, ja nie wiedziałam. Schyliłam głowę i
zaczęłam bawić się moimi palcami.
-Nic się nie stało. To nie twoja wina. Odparł.
Przytuliłam się do niego jeszcze raz. Chciałam żeby widział
że mnie wsparcie, a nie pustą dziewczynę swojego przyjaciela.
-Dziękuję. Odparł Brad z lekkim uśmiechem na ustach.
-Za co?
-Za to że mnie pocieszałaś i wysłuchałaś.
-Nie musisz, ale teraz ty mi coś obiecasz. Powiedziałam do
niego poważnym tonem.
-Dobrze. Położył rękę na sercu. – Obiecuję.
-Nigdy więcej nie będziesz sobie wmawiać że to twoja wina!
-Ale…
-Nie ma żadnego ale. Tak i koniec!
-Ohh. No dobra. PRZYSIĘGAM. Odparł wesoło Bradley.
-Jesteśmy wfita. Odparłam szeroko się uśmiechając.
-Chodź! Pociągnął mnie za rękę Brad. – Chodźmy do salonu.
Już mi lepiej.
-Dobrze. Miał właśnie łapać za klamkę od pokoju, ale
złapałam go drugą ręką za nadgarstek, żeby go zatrzymać.
-Brad. Chciałam ci tylko powiedzieć, że jeśli kiedykolwiek
będziesz miał jakiś problem czy coś się będzie dręczyło to zawsze, ale to
zawsze możesz mi powiedzieć i się wyżalić. Zawsze cię wysłucham i pomogę.
-Dziękuję. Kochana jesteś. Przytulił mnie. Zazdroszczę
James’owi!
-Czego niby?
-Ciebie. Taka dziewczyna to skarb.
-Dziękuję. Odparłam cicho rumieniąc się.
Wyszliśmy z pokoju i zeszliśmy do salonu. Gdy reszta nas zobaczyła,
zaczęłam się śmiać. Gdybyście widzieli ich miny. Bezcenne.
-Jesteśmy!
-Co mu powiedziałaś? Zapytał się mnie Connor.
-Nic ważnego. Uśmiechnęłam się do Brada, a on kiwnął głową.
Wszyscy do 20 siedzieliśmy i rozmawialiśmy i śmialiśmy się z
różnych tematów.
Rozmawialiśmy właśnie o szkole i o uczniach Jamesa, gdy
zapomniałam że miałam być w domu przed 20.
-James! Ja muszę już iść. Miałam być w domu przed 20. Jak
chcesz zostać to zostań, ale ja muszę iść.
-Nie ma mowy!!! Nie puszczę cię samą o 20!
-To się zbieraj. Ponagliłam.
-Dobrze. Wstał i poszedł do przedpokoju. Zakładał buty i
kurtkę, a ja w tym czasie ja postanowiłam się pożegnać z chłopcami.
-Pa chłopaki. Ja już muszę iść. Mam nadzieję, że jeszcze się
spotkamy.
-Ja też mam nadzieję. Odparł Connor przytulając mnie.
-Dlaczego ty mi to robisz? Zostań jeszcze. Odparł Brad.
-Hahaha. Spokojnie w weekend może was odwiedzę jeżeli James
się zgodzi.
-Nie mam nic przeciwko. Odparł James.
-To super. Do weekendu! Westchnął Bradley i mnie przytulił.
-Do zobaczenia. Szepnęłam mu na ucho.
-Cześć Tristan. Odpowiedziałam. W odpowiedzi przytulił mnie.
Trwalibyśmy w tym uścisku dłużej, ale przeszkodził nam James.
-Księżniczko czas na nas. Powiedział pieszczotliwie.
Pomachałam jeszcze chłopakom i wyszliśmy z willi.
Szliśmy przez ciemne ulice i powiem wam, że jeśli byłabym
tutaj sama to bałbym się.
James w pewnym momencie złączył nasze dłonie w uścisku, a
mnie przeszła fala ciepłych dreszczy. Jak
to możliwe że ten chłopak tak na mnie działa?
Zanim zdążyłam odpowiedzieć sobie na to pytanie, już byliśmy
pod moim domem.
-Już jesteśmy.
-Tak. Niestety.
-Dlaczego niestety? Spytałam.
-Gdy jesteś przy mnie czas u mnie się zatrzymuje. Nie liczę
go. Oddałbym każdą wolną chwilę za spędzenie z tobą chodź kilka minut.
Poszedłbym z tobą nawet na koniec świata. Nie musielibyśmy się odzywać. Sama
twoja obecność i świadomość że przy mnie jesteś i to cała moja przeprawia mnie
o ciepłe uczucie w sercu. Bo jak samo przysłowie mówi „Zakochani czasu nie
liczą”.
-James nie musiałeś tego mówić. Z moich oczu popłynęło kilka
łez szczęścia.
-Musiałem. Musiałem ci powiedzieć prawdę. Odparł
przybliżając się do mnie. Jedną rękę umieścił na moich biodrach, a drugą
umiejscowił na moich policzku, wycierając łzy. Przysunął się do mnie tak, że
stykaliśmy się ciałami. Jego usta wolno przybliżały się do moich. W końcu jego
usta złączyły się z moimi. Pragnęłam jego ust w tej chwili. Całował tak dobrze,
że gdyby nie potrzeby zaczerpnięcia powietrza to nie przestawalibyśmy. Jego
usta były niesamowite. Jeszcze nigdy nie całowałam się z chłopakiem, który
całował lepiej niż on. Po chwili oderwaliśmy się od siebie i patrzyliśmy sobie
w oczy. Mogłabym w nich utonąć. Skradłam James’owi jeszcze szybkiego całusa w
policzek.
-Do jutra. Odparłam.
-Do zobaczenia księżniczko. Powiedział i odszedł w swoją
stronę.
Weszłam do domu i od razu pobiegłam do swojego pokoju.
Poszłam do łazienki wykąpać się. Jak z niej wyszłam to zobaczyłam że dostałam
wiadomość.
Od: James
Dobranoc. Słodkich snów :*
Pamiętaj, że cię kocham.
Od razu na sercu zrobiło mi się cieplej po tej wiadomości.
Poszłam spać z myślami ż ten dzień był jednym z najlepszych w moim życiu.
Brad cz.2
-witaj skarbie dawno cię tu nie było...
Pomyślałam jedno OJCIEC.
-wiesz dawno cię tu nie było i pomyślałem że lepiej będzie
jeśli zostaniesz w domu i będziesz wracać do domu na określoną godzinę. Zaczął
na mnie krzyczeć i przybliżać się do mnie.
-Jesteś nic nie warta. W tym momencie dostałam od niego
siarczysty policzek.
Zaczęłam płakać. Chciał mnie jeszcze raz uderzyć ale coś go
odepchnęło i upadł na podłogę.
Moim wybawicielem był Brad.
-dziękuję.
Przytuliłam się do Brada i wypłakiwałam się w jego T-shirt.
-chodź bo jeszcze coś ci jeszcze zrobi. Powiedział.
-dobrze już jestem spakowana możemy iść.
-To dobrze. Zabiorę cię od tego psychopaty.
- W końcu to mój ojciec i nie powinnam.
-powinnaś zobacz ile ci krzywdy wyrządził. Powiedział i
podwinął rękaw mojej bluzy tak że widział blizny.
-to jaką podjęłaś decyzję? Zostajesz z ojcem czy idziesz do
mnie?
-wybieram druga opcję. Uśmiechnęłam się do niego a on to
odwzajemnił ukazując swoje proste białe zęby.
- to chodź.
Wsiedliśmy do czarnego Range Rovera i udaliśmy się do domu
Bradley’a.
***
Po wypakowaniu rzeczy usiadłam w salonie czekając na
chłopaka, który robił coś w kuchni.
Poszłam sprawdzić co robi i zobaczyłam Brada całego w mące i
jajkach który robił naleśniki.
-Fajnie wyglądasz
-dzięki
Zaczęłam się śmiać z jego wyglądu. Wyglądał przekomicznie.
-coś co za bardzo ci do śmiechu. Powiedział i zaczął się do
mnie przybliżać i zaczął swoimi brudnymi rękoma mnie gilgotać .
-zostaw mnie proszę. Śmiałam się jak opętana.
-dobrze, ale w zamian za coś.
-ok ale co?
-pomożesz mi sprzątać.
-no dobra niech ci będzie.
Po sprzątaniu kuchni ,która zajęła nam prawie 1 godzinie
usiedliśmy w salonie jedząc naleśniki.
-naprawdę pyszne jak ty to robisz?? Musisz mnie nauczyć.
Odparłam.
-z wielką przyjemnością mamy dużo czasu. Powiedział.
-Słuchaj Brad jest taki jeden duży problem.
-jaki?
-no że nie mam się z czego utrzymywać.
-spokojnie ja będę cię utrzymywać. Jak to powiedział to o
mało się nie zakrztusiłam naleśnikiem którego jadłam.
-żartujesz prawda?!?!
-wcale że nie [T.I].
Jesteś wspaniała dziewczyną a to, że twój ojciec utrzymywał się z kilku
złotych to nie jest problem. Moi rodzice dużo zarabiają i z tego dają mi bardzo
wielkie sumy i połowa twoja połowa moja. Wiesz moi rodzice się mną nie
interesują i nie mieszkają w Londynie tylko w Nowym Jorku i czasami
przyjeżdżają a ja tu przyjechałem z Birghman żeby poznać nowych ludzi i
odwiedzić parę starych znajomych ale tak mi się spodobało że tu zostaję…
Wypowiedź Bradley’a przerwał głośne pukanie do drzwi.
Ciekawe kto to może być? Pomyślałam.
-Pójdę otworzyć. Powiedział.
-Hej Brad. Powiedział ten głos. Rozpoznam go wszędzie to
Caroline!!!
-Cześć Caroline co to robisz??? Powiedział groźnym głosem.
-przyszłam cię odwiedzić. Nie cieszysz się?
-niezbyt bo mam gościa.
-jakiego?? Spytała.
Słyszałam cała rozmowę z salonu i już było po mnie. Zaraz
się wyda.
-Masz się nie drzeć i zachować spokój a jak nie to wyjdziesz
z mojego domu. Powiedział do niej ostro.
-Dobrze. Nie unoś się tak. Powiedziała.
Już mam wyjebane!
-wejdź do salonu. Nakazał Bradley.
-przedstawisz mi tego „wyjątkowego” gościa?? Jak mówiła
słowo „wyjątkowego” zrobiła sztuczny cudzysłów w powietrzu i kwaśną minę.
-Raczej nie muszę. Powiedział.
Caroline weszła do salonu a ja powiedziałam
- hej. Powiedziałam
-ty zaprosiłeś tą d****ę do twojego domu ? Tego się nie
spodziewałam! Zszedłeś na tak niski poziom inteligencji?
-Nie! On nie zszedł tylko ty cały czas na nim jesteś.
Uśmiechnęłam się cwaniacko przez łzy które ciekły mi po policzkach.
Podeszłam do niej i dałam jej siarczysty policzek
-to za wszystko co mi zrobiłaś. Caroline trzymasz się za
czerwony od bólu policzek.
-WYJDŹ i nigdy więcej tu nie wracaj. Nie masz prawa jej tak
nazywać !!!! Krzyknął Simpson.
-Jeszcze pożałujecie. Powiedziała Caroline i wyszła
trzaskając drzwiami, a ja pobiegłam do swojego pokoju i zamknęłam się w nim na
klucz. Rzuciłam się na łóżko i płakałam jak małe dziecko. Dlaczego to ja zawsze
mam takiego pecha. Los akurat wybrał mnie. Dlaczego? Pogrążona w płaczu i
złości zasnęłam. Obudziło mnie krzątanie po pokoju drugiej osoby.
-część. Już się wyspałaś. Przyniosłem ci wodę i tabletkę.
Chciałem się bardzo ale to bardzo przeprosić za zachowanie Caroline. Ona ma za
dużo do powiedzenia i zawsze się wtrąca w nie swoje sprawy. Nie musisz się już
o nią martwić. Już tu nie wejdzie. Przynajmniej ja jej nie wpuszczę!
-Hej. Dzięki za tabletki i po prostu mam dosyć. Za dużo jak
na jeden dzień się wydarzyło.
-dobrze cię rozumiem. Tam jest łazienka. Weź swoje rzeczy i
się umyj.
-ok a ty?
-ja mam swoją łazienkę. Chyba że chcesz to możemy się razem
umyć. Puścił mi oczko.
-nie dzięki jednak nie skorzystam. Odparłam ze śmiechem
-dobra. Ja za chwilę do ciebie przyjdę. Wyszedł do swojego
pokoju.
Wzięłam walizkę i zaczęłam szukać piżamy okazało się że jej
nie mam.
Wyszłam z pokoju i zawołałam Brada.
-Bradley jest kolejny problem.
Brad wybiegł z łazienki w samym ręczniku owiniętym wokół
pasa.
-Z tobą to same problemy. Odparł ze śmiechem. -Jaki?
-nie mam piżamy. Westchnęłam. Też zaczęłam się śmiać.
-To się da załatwić.
Wszedł do swojego pokoju i zaczął czegoś szukać Po chwili
wyszedł.
-masz. Powiedział.
Dał mi męską koszulkę i bokserki.
Weszłam do łazienki wziąć długi prysznic.
Po umyciu się poszłam do swojego, tymczasowego pokoju.
Położyłam się na łóżku i rozmyślałam o tym co się stanie po
weekendzie. Położyłam się na boku próbując się ułożyć do spania gdy drzwi
mojego pokoju się otworzyły a w nich stał Brad w krótkich szortach bez
koszulki.
-Przyszedłem
-Właśnie widzę
Miał niezły tors, a na nim zarys kaloryfera.
Położył się obok mnie i przytulił mnie do tyłu tak że
obejmował mnie w tali
-dobranoc. Powiedział
-dobranoc Bradzio. Odparłam chichotając.
Obudziłam się. Był sobota. Jak to dobrze nie iść do tej
cholernej szkoły. Wstałam z łóżka po cichu żeby nie zbudzić Bradley’a.
Popatrzyłam na Brada. Jego loczki wchodziły mu na twarz i cicho pochrapywał.
Był okryty kołdrą i wyglądał tak niewinnie.
Zeszłam na dół żeby zrobić śniadanie .
Były to tosty z Nutellą. Po chwili usłyszałam kroki na
schodach a zaraz loczek znajdował się w kuchni.
-Dzień Dobry. Co tak ładnie pachnie?
-Dzień dobry. Tosty które zrobiłam.
Podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek. Czułam jego
malinowe usta na swoim policzku. Zarumieniłam się. Modlę się żeby nie było ich
widać.
-kochana jesteś. Stwierdził.
-nie słodź mi Simpson.
-Dobrze, ale ja i tak wiem swoje. Pogroził mi palcem z tym
swoim uśmieszkiem.
Usiedliśmy z śniadaniem przy stole i zjedliśmy je w ciszy.
Następnie Brad mi coś zaproponował...